13.4.10

Terapia kolorami | Colour therapy

My breakfast




Od tygodnia jestem na diecie, która ma mi pomóc na moje problemy ze skórą. Tuż przed Wielkanocą poszłam do dietetyczki, która ułożyła mi jadłospis na każdy dzień – lekki posiłek co dwie albo trzy godziny i koniec z cukrem i czekoladą (!). Na początku miałam wrażenie, że właściwie jem tak, jak do tej pory, ale z upływem czasu zaczęło do mnie docierać, ile ja naprawdę jadłam, pod względem ilościowym i energetycznym. Stosowanie diety sprawiło, że nagle zyskałam kontrolę nad tym, co jem. A dziś przy śniadaniu zdałam sobie dodatkowo sprawę, że duża część tej diety to niemal terapia kolorami – zielony jak sałata, ogórek, cukinia i szpinak, czerwony jak pomidor i papryka, biały jak mleko, jogurt, ser i maślanka. Strasznie mi się to podoba.

Today it’s been a week since I’ve started a diet for my skin problems. Just before Easter I went to see a nutritionist and she prepared a special diet for me to follow – a light meal every two or four hours and no sugar or chocolate (!). At the beginning I had the impression I wasn’t really eating differently than I did before, but as the days passed I started to see how much I had actually eaten, in terms of quantities and of calories as well. Now that I’m following the diet for every day, I have suddenly gained control over what I’m eating. And today at breakfast I’ve realised that what I like in this diet is that it’s turned out very much something of a colour therapy, with the greenness of salad, cucumbers, zucchini and spinach, the redness of tomatoes and peppers, the whiteness of milk, yoghurt, cheese and buttermilk. I’m enjoying it tremendously.


Budding lilac leaves




Jeśli chodzi o sztrikowanie, to już prawie kończę trójkątną chustę z czerwonej włóczki przywiezionej z Brukseli – zdawało mi się, że mam jeden motek, a okazało się, że przywiozłam dwa. Zachwyca mnie jej amarantowy kolor, którego aparat uparcie nie chce oddać jak należy. Oczywiście na początku sztrikowania pojawił się odwieczny problem („a jak mi nie starczy włóczki?”), ale poradziłam sobie z nim w sposób, z którego jestem dumna: zaczęłam trójkąt o rogu i poszerzałam w kierunku przeciwległego boku. Tym sposobem zrobiłam dokładnie tyle, na ile starczyło włóczki, a potem nabrałam oczek na brzegach i teraz robię koronkowe obramowanie. Pogoda wciąż skłania do noszenia odzieży warstwami, więc są szanse, że jeszcze ponoszę chustę tej wiosny!

An update on my knitting: I’m nearly finishing a triangular shawl. The yarn is the red one I bought in Brussels – I’d thought there was only one skein, but apparently I brought two. I love the colour, which is an amaranth red that somehow seems exceptionally difficult to be caught in photos. Of course there was the usual problem (“what if I run out of yarn?”) which I solved in a way I’m so far very proud of – I started knitting the triangle from the corner out to the edge and knit until the first skein finished, and then I picked up stitches along the side edges for a lace edging. The weather is still for layering, so there are high chances I’ll yet get to wear the shawl this spring!

2 komentarze:

CU@5 pisze...

Bardzo jestem ciekawa amarantowej chusty. Kanapka wyjątkowo wiosenna, taka dieta to przyjemność! Pozdrawiam!

Brahdelt pisze...

Podobno na trawienie wpływają też różne kolory talerzy, ale nigdy tego nie sprawdzałam, w starym mieszkaniu mieliśmy białe albo białe w kwiatki, a teraz mamy IKE'owskie ciemnoszare, apetyt nadal mi dopisuje! *^v^*

generated by sloganizer.net